Ladowanie zdjec

Nasza lekarka - dr n.med.Irena Weiner skończyła 107 lat!

2019-09-01 17:35

Dr n.med. Irena Weiner przez wiele lat była szefem Oddziału Chorób Zakaźnych, lubiana przez pacjentów, ale też i personel.

Właśnie skończyła 107 lat! Dr n.med. Jerzy Friediger, dyrektor "Żermskiego" z urodzinowymi życzeniamy w domu u 107-latki.

 

107-latka z Bolechowic: wspominać tylko to co dobre

Mogłaby wspominać o wszystkim co złe było w jej życiu. Na przykład jak sama z małą córką na rękach w 1939 roku uciekała przed wojną z zachodu Polski na wschód. Jak rok później spędziła sześć tygodni w zatłoczonym wagonie w drodze do Kazachstanu. Praktycznie bez jedzenia, a ust do karmienia akurat nie brakowało, bo wywożono ją do Kazachstanu wraz z mamą, siostrą i małymi dziećmi. Kazachstan jest tak ogromny, że dystans z jednego krańca na drugi wynosi tyle, co droga z Londynu do Stambułu. Dlatego zanim dotarli na miejsce swojej zsyłki ponad miesiąc wraz z setkami współpasażerów korzystały  z jednej „paraszy”- dziury w otwartej przestrzeni, która służyła wszystkim za toaletę.  Albo jak po sześciu latach zsyłki w stepach kazachskich wróciła do Warszawy, a raczej jej ruin i bez sił płacząca błądziła po mieście i szukała swojego domu. W końcu mogłaby nieskończenie rozpaczać nad losem ukochanego męża, który przez całą wojnę był w obozie jenieckim.

Ale pani Irena Weiner wspomina raczej dobre co było w jej życiu i cieszy się z tego co ma teraz. Na swoim ulubionym tarasie recytuje bliskim wiersze (niemieckie i łacińskie!), śpiewa piosenki przedwojenne, te które najbardziej lubiła w swojej młodości, cieszy się z treli ptaków. Irena Weiner, emerytowana lekarka Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego w Krakowie, wieloletnia mieszkanka Krakowa, jedna z milionów Polaków wywiezionych przez władze radzieckie do Kazachstanu, świętuje swoje 107 urodziny. Taki jubileusz nie zdarza się często.

 - To okrągłe urodziny niezwykłej kobiety. Zmęczona wojną, pracą, kłopotami, potrafiła zająć się problemami innych, bezinteresownie im pomagać - mówi Alicja Lesisz, pielęgniarka, która pracowała z panią Ireną.  – Nie pamiętam, by kiedykolwiek podniosła głos, albo była nieżyczliwa dla chorych czy ich rodzin, albo nas - podwładnych. A swoją pogodą ducha, siłą mogłaby podzielić się z wieloma. Myślę, że młodzi lekarze mogliby sporo się nauczyć od mojej szefowej- dodaje.

 

Przez ponad 20 lat była związana „ Żeromskim” w Krakowie,  tworzyła oddział chorób zakaźnych, budowała zespół w powstałej pod koniec l.50 lecznicy.

 – Te czasy były trudne - wspomina pani Irena.- Na nasz oddział trafiali pacjenci w ciężkim stanie, niedołężni, schorowani – tacy, którymi już nikt nie chciał się zająć. Starałam się im zapewnić godną opiekę – dodaje.

Z zawodem na długo nigdy się nie rozstawała, choć los ją rzucał w różne zakątki świata. „Geografia” jej kariery liczy tysiące kilometrów. Zaczynała jako młodziutka stażystka w 1936 roku w szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie, potem pani Irena przeprowadziła się do Leszna, gdzie jej mąż (też lekarz) pracował w 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich. 105 latka wówczas znalazła dla siebie miejsce w Klinice Pediatrycznej w Poznaniu, pomagała chorym jako wolontariusz .

W związku z zagrożeniem wojennym w czerwcu 1939 uciekła do siostry do Słonima (obecnie Białoruś). Oczywiście że błyskawicznie zatrudniła się i w przychodni wiejskiej i w szkole. Nie wyobrażała sobie nic nie robić. Za niecały rok –w kwietniu 1940 pani Irena już była w drodze do Kazachstanu.

- Gdy wjeżdżaliśmy stamtąd, ludzie płakali za mamą - zaznacza Małgorzata, córka pani Ireny. – Bardzo ją lubili za jej wielkie serce, wiedzieli, że zawsze można na nią liczyć. Proszę pamiętać, mówimy o czasach wojennych i powojennych. Łatwo nikomu nie było.

Sama słabo pamięta kazachskie życie.

 - Miałam prawie osiem lat, gdy wracaliśmy do Polski. – Brata jeszcze nie miałam, to ja jestem przedwojenna, a mój brat- powojenny-uściśla.

W Krakowie nie znaleźli się przypadkowo, to miasto rodzinne męża pani Ireny. Zamieszkali w samym sercu – na placu Matejki. Właściwie od razu trafiła do kliniki chorób zakaźnych Akademii Medycznej w Krakowie, gdzie uzyskała specjalizację w zakresie chorób zakaźnych (II st.), epidemiologii (II st.) i interny, potem Irenę Weiner, młoda, ale doświadczoną specjalistkę, skierowano do nowopowstałego „Żeromskiego” w Nowej Hucie, była zastępcą ordynatora oddziału chorób zakaźnych. Przez kilka lat pracowała w Radzie Zakładowej szpitala i była mężem zaufania grupy związkowej. Tworzyła ten szpital, dobierała ludzi do pracy, budowała zespół.

Emerytura? Nie czekała na nią jako na zbawienie i moment odpoczynku. Odwrotnie, w 1974 roku, gdy osiąga wiek emerytalny, staje się jeszcze aktywniejsza, wybrano ją na ordynatora w półsanatorium dla studentów. Dała sobie spokój dopiero w 1988 roku. Miała wówczas 76 lat.

Dziś pani Irena  jest częściowo samodzielna. Lubi przebywać na tarasie przy ładnej pogodzie, słuchać śpiewu ptaków i obserwować chmury. I tu najczęściej śpiewa dawne piosenki przedwojenne lub recytuje wiersze (polskie, niemieckie, łacińskie) wyuczone w młodości. Jak te zwrotki zachowały się w jej głowie?

- Dla mnie to niepojęte - nie kryje zachwytu January Weiner, syn pani Ireny. - Ja jedynie pamiętam, że na studiach uczyłem się łaciny. Zaś mama pamięta łacinę. Prawdziwszą z  najprawdziwszych! Nawet Horacego recytuje.

(ramka)

 Irena Weiner(ur. 1912 r.) wychowała dwójkę dzieci, córkę Małgorzatę i syna Januarego, dochowała się trójki wnuków (najstarsza wnuczka Monika jest także lekarzem – doktorem nauk medycznych) i siedmiorga prawnuków.

 

 

 


 

CMS by Quick.Cms